• Archives
  • Categories
  • Teledysk

    2010 - 03.13

    Kolejnego dnia było już lepiej, choć i tak czułam w sobie resztki alkoholu. Teledysk nagrywaliśmy w domu Jima pod Berlinem. On tam miał idealne miejsce do scenerii teledysku. Chłopacy, którzy mieli zagrać w teledysku byli konkretni. Zrobili wszystko co do nich należało i pojechali. Po 12 godzinach ciężkiej pracy nad teledyskiem wreszcie skończyliśmy. Nogi miałam w dupie z bólu. Musiałam się z gitarą kiwać na prawo i lewo co doprowadzało mnie do szału. Nie byłam przygotowana na taki wysiłek, podobnie jak reszta dziewczyn. Agata, która była sportsmenką skomentowała ten cały wyczyn tak:
    - Nigdy więcej nie będę właziła na drzewo! – wszystkie się śmiałyśmy. Było całkiem zabawnie, choć były chwile kiedy miałyśmy dość i padałyśmy choć… skończyliśmy. O 1 w nocy wróciłam do domu. I od razu poszłam spać.

    - Kto? – odebrałam telefon, który dzwonił następnego dnia. Znów zostałam zbudzona, miałam ochotę zabić tego kogoś kto przerwał mi tak piękny sen choć nie pamiętałam o czym był…
    - Bill… Masz czas teraz? – zapytał od razu.
    - Obudziłeś mnie… – oświadczyłam.
    - Zadzwonię później. Pa.
    - Nie czekaj! Przyjdź do mnie, zrobisz mi śniadanie.
    - Nie umiem… Albo dobra. Przyjdę. Do zobaczenia.
    - Ciao. – odłożyłam telefon i zakryłam głowę poduszką. Próbowałam jeszcze chwilę się zdrzemnąć, ale… domofon.
    - Alex to Bill. Wpuścić go? – usłyszałam głos taty.
    - Niech wejdzie. – odkrzyknęłam i leniwie wstałam by się „lekko” doprowadzić do używalności. Włosy zaczesałam w kitka, założyłam długi różowy szlafrok w baranki i poszłam po Billa, który już stał w drzwiach rozmawiając z… tatą!!
    - … idzie Wam całkiem nieźle. Słyszałem wczoraj Waszą piosenkę w TV i stwierdzam, że nie poznałem Ciebie. Mówię do żony: Patrz jaka ładna dziewuszka. , a ona na to: To przecież Bill Kaulitz narzeczony Alex. – stanęłam jak wryta w ziemię. Szczęka opadła mi do samej ziemi, a oczy wyszły z orbit.
    - W szkole często mylili mnie z dziewczyną. To przez makijaż i fryzurę. – tłumaczył się całkiem nie skrępowany Bill. Strasznie mi wstyd było za to co tata powiedział do mojego chłopaka jedyne co mi pozostało to zabrać Billa z pola boju.
    - Księżniczka wstała. – uśmiechnął się tata zgryźliwie.
    - Miło OJCZE. – odgryzłam się. – Bill… Chodź ze mną. – złapałam chłopaka za rękę i pociągnęłam za sobą.
    - Dziękuję za miłą rozmowę panie Steiff. – krzyknął Bill na pożegnanie z tato – potworem. Zamknęłam drzwi na klucz i zasłoniłam żaluzję na oknie. Miałam to szczęście, że drzwi miałam dźwiękoszczelne i żadne dziwne odgłosy nie zdołały ściągnąć posiłków ze strony zazdrosnych rodziców.
    - Przepraszam za tatę, to stary fagas i czepia się KAŻDEGO! – tłumaczyłam się Billowi, który już całkowicie się wyluzował. Włączył sobie mojego laptopa i słuchał muzyki.
    - Nic nie szkodzi. Przyzwyczaiłem się. – mówił Bill patrząc w monitor i wybierając piosenki.
    - Rozgość się. Czuj się jak u siebie w domu. – oświadczyłam, poczym rzuciłam się na łóżko i zakryłam kołdrą. Nie wstydziłam się tego, że mój chłopak widzi mnie bez makijażu i w „dziwnym” stroju. Było mi to obojętne.
    - Wiesz, że Martin pojechał z Agatą rano do jego babci do Berlina? – spytał Bill nadal nie patrząc na mnie.
    - Fajnie że?! I kiedy ona ma zamiar wrócić? W sumie to mamy wolne dopóki dopóty teledysk nie będzie gotowy… – mówiłam grzebiąc przy paznokciach.
    - Jutro rano wracają. Andreas zerwał ze swoją dziewczyną. Gustav u Maksi na noc był, a Tom… całą noc przy komputerze spędził rozmawiając z An. Ell była u Georga. Ja nie wiem co im się dzieje.
    - Miłość… – powiedziałam krótko. – Kurcze lakier mi odprysnął. A miałam TAK ładnie pomalowane paznokcie. – zaczęłam narzekać.
    - Mogę Ci pomalować. – zaproponował Bill. – Wiesz, że ja sam sobie maluję od dawna paznokcie więc Tobie też mogę pomalować.
    - To czekaj, zaraz zmażę lakier. – cała kuracja odświeżania paznokci zajęła mi jakieś 7 minut. Bill w tym czasie ustawił całą „płytotekę” na najbliższe kilka godzin, które chciał ze mną spędzić najwyraźniej. – Już. – oświadczyłam kiedy skończyłam.
    - Jaki kolor chcesz? Bo widzę tu masz czarny, granatowy, różowy?, zielony?, biały i czerwony… – mówił patrząc na moją małą kolekcję.
    - Czerwony… – uśmiechnęłam się. Bill szybko mi pomalował paznokietki, a potem dmuchał by szybciej wyschły. – Ty naprawdę jesteś w tym świetny. Żadnej rysy zniekształcenia nie widzę. Powinieneś malować paznokcie, a nie śpiewać. – zażartowałam.
    - Pewnie i co jeszcze? – zapytał zgryźliwie chłopak.
    - Umiesz czesać? – zapytałam robiąc maślane oczy.
    - Mam jakieś wyobrażenie, a co mam Ciebie jeszcze może uczesać? Ubrać? Pomalować? I co jeszcze pani sobie życzy? – zaśmiał się.
    - Mówię poważnie. Zrób mnie na bóstwo panie Kaulitz. – uśmiechnęłam się zalotnie.
    - A wybiera się pani gdzieś?
    - Owszem z moim chłopakiem do kina na komedię romantyczną.
    - No to mam koncepcję. Siadaj… – posadził mnie na bujanym krześle od biurka i zaczął robić ze mnie „laskę”. Śmiałam się z niego, bo niby chłopak a znał się na rzeczy i to całkiem dobrze. Po 2 godzinach kuracji wyglądałam jak… DAŁN, ale piękny dałn. Na głowie miałam irokeza, oczy miałam czarne. Wyglądałam jak laleczka Czaki, ale… strasznie mi się podobało.
    - Dziękuje Ci chłopcze. – pocałowałam chłopaka w policzek. – Idziemy do kina czy wolisz zostać w domu?
    - Jak grają coś ciekawego to idziemy. – usadowił się na moim miejscu.
    - To sprawdź w internecie. Ja idę się ubrać. – wzięłam rzeczy do łazienki i tam się ubrałam. Kiedy wróciłam Bill siedział na biurku grzebiąc w telefonie.
    - Jakaś komedia, horror i bajka. – powiedział. – Tom i Anika chcą iść, mogą?
    - PEWNIE! – zgodziłam się. – Bierzemy… bajkę.
    - Ok. Gotowa?
    - Tak. – opuściliśmy dom. Nie obyło się bez głupich komentarzy taty, że wyglądam jak lalka Barbie, a Bill jak Ken, ale to inna sprawa. Wytknęłam ojcu język i trzasnęłam drzwiami. – Chcesz jechać TAXI? Jak się umówiłeś z Tomem?
    - Pod kinem. – odpowiedział. – A po co Taxi?
    - Fanki na horyzoncie. – wskazałam parę dziewczyn, które łaziły po osiedlu. Nie wiedziałam czy są fankami, ale wolałam dmuchać na zimne.
    - Dobraa… Jedźmy. – poszliśmy przez ogródek do postoju taxówek . Wsiedliśmy do zielonego Audi i pojechaliśmy pod kino. Pod budynkiem stało pełno dziewczyn, a między nimi Tom, który podpisywał jakieś świstki. – Super. Jak wysiądę nigdy do tego kina nie wejdziemy. – rzekł zmarnowany Bill.
    - Masz moją bluzę. – fakt faktem, że miałam czarną bluzę z wielkim kapturem, która spokojnie mogła na chwilę ukryć Billa. Zapłaciliśmy taxówkarzowi i opuściliśmy pojazd. Bill spuścił głowę chowając się pod kapturem. Całkiem obojętnie przeszliśmy koło tłumu dziewczyn, przy okazji zabierając rozdrażnioną Anikę. Weszliśmy do kina, po chwili Tom dołączył do nas opędzając się od fanek.
    - Idę kupić bilety na tą bajkę. – powiedziała Anika i tak zrobiła. Chwilę później wróciła z czteroma papierkami. – Sala… numer 7… To… Tam. – wskazała na palący się neon z ową cyferką. Szybkim tempem podążyliśmy do sali.
    - POPCORN i COLA. – wrzasnął Bill i wybiegł z sali. Jakieś 7 minut później przytaszczył ze sobą dwa duże popcorny i… jakiś facet z obsługi 4 duże puszki Coli.
    - To na koszt firmy. – oświadczył wręczając nam tace kelner. Spojrzałam na Anikę ta na mnie i wybuchnęłyśmy śmiechem. Bill usiadł obok mnie, wręcz się rzucił i powiedział:
    - Jesteśmy 20 minut przed seansem. Kolesie powiedzieli, że nie wpuszczą nikogo na salę prócz nas. Możemy zmienić miejsca. Poza tym zwrócili mi za bilety i zafundowali całe żarcie.
    - No to impreza. – klasnął jak dziecko troski Tom i zaczął pić Colę.
    - Będziesz zaraz do kibla latał. – zagroziła mu Anika, ten tylko wzruszył ramionami.
    - Najwyżej w gacie będzie robił. – wyśmiewał się Bill.
    - Żebyś Ty się nie zsikał. – odgryzł się Tom.
    - Pewnie. – wybuchł śmiechem Bill. Z Aniką przysłuchiwałyśmy się tylko głupim tekstom jakie puszczali chłopacy. Przez kolejne minuty rozmawialiśmy o naszym zespole i o tym, że JA mam zakwasy po skokach przy kręceniu teledysku. Potem zaczął się film…=

    Comments are closed.